sobota, 4 lipca 2015

Rozdział 14 "Laska taka, jak inne"

Chłopak miał ponownie złączyć nasze usta, gdy... zabrzmiał dzwonek jego komórki. Warknął, a ja zdezorientowana patrzyłam na to co zamierza zrobić. Zszedł ze mnie, więc mogłam normalnie siąść. Odebrał telefon, bez przywitania, warknięciem, które brzmiało: „Czego? Jestem zajęty.”. Podniosłam swoją czapkę i otrzepałam z niewidzialnego kurzu, by po chwili mogła z powrotem zająć miejsce na mojej głowie, gdzie wcześniej się znajdowała. Nie lubiłam nigdy podsłuchiwać rozmów, to było bardzo niezręczne. Co ja gadam? Zaraz, przecież ja gadam do siebie. Ugh... nieważne. Wracając do tego co chciałam powiedzieć, umm... pomyśleć, to niezręczne jedynie było moje, dość bliskie spotkanie z Justinem. Przełknęłam głośno ślinę, przecież to nie do pomyślenia. To co się przed chwilą wydarzyło, było nie do pomyślenia. A-a jednak się stało. Westchnęłam ciężko i spojrzałam... w pustą przestrzeń? Natychmiast wstałam, pod bosymi stopami poczułam zimne powietrze. Mój wzrok spoczął na oknie, które było na roścież otwarte. Długie zasłonki powiewały leciutko, tańcząc swój własny taniec. Podeszłam do okna i wyjrzałam. Nie było śladu po chłopaku. Szczerze mogę przyznać, że czuję się jak we śnie. To jest nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe. No bo przecież, on – chłopak, za którym lata każda dziewczyna, każda z nich mdleje, gdy tylko na nie spojrzy, nie mówiąc o podejściu i zagadaniu. A ja – skryta, zwykła dziewczyna, nic nie znacząca, mała osóbka, czytająca książki i dobrze ucząca się. Westchnęłam, odsunęłam się i zamknęłam okno. Stanęłam tyłem do ściany i od razu spojrzałam na kwiaty. Gdyby nie były moimi ulubionymi kwiatkami, zapewne już leżałyby na samym dole kosza na śmieci. Wzięłam flakon razem z bukietem i zaniosłam do swojego pokoju. Postawiłam je tuż przy łóżku, obok budzika. Usłyszałam dosyć głośnie otwieranie drzwi i damski krzyk „Już jestem!”. Zbiegłam po schodach i od razu wtuliłam się w Meggie.
-Opowiadaj. Znaleźli twój telefon, czy może kupiłaś nowy? Jeżeli ta druga opcja to, jaki model? Mogę twój numer? Właśnie lecę, po swoją komórkę.- trajkotałam, jak... Meg. Za dużo z nią czasu spędzam. W końcu zaczęłam gadać do siebie, co nie jest do końca normalnym zachowaniem. A może jest, a ja jestem jakimś nienormalnym...
-Anne! Mówię do ciebie!- wrzasnęła. -Najpierw gadasz jak najęta, a później mnie nie słuchasz!
-Przepraszam, Meggie. Powtórzyłabyś mi to co mówiłaś? Proszeee...- zrobiłam minę kotecka z przepraszającymi, dużymi oczkami.
-Okej, okej. Nie umiem się na ciebie długo gniewać.- uśmiechnęła się i pociągnęła moją czapkę w dół, przez co straciłam widoczność. -Mówiłam, że powinnyśmy sobie zrobić babski wieczorek.
-Jej!- pisnęłam podekscytowana. - To trzeba zrobić zakupy. Zmykam na górę się przebrać, tylko mi powiedz, czy jest ciepło, czy zimno.
-Dość zimno i są przelotne opady.- na tą wiadomość westchnęłam.

Po piętnastu minutach zbiegłam z piętra i klapnęłam na kanapie. Od razu przed oczami pojawił mi się Justin, pokręciłam głową. Przede mną stanęła przebrana siostra, wyglądała jak zawsze ślicznie.

Po chwili jechałyśmy autem, słuchając piosenek.
-To, powiesz mi co z tym telefonem?- zapytałam czekając, aż światło z czerwone ustąpi zielonemu światłu.
-Ahh... tak zapomniałam. Nic się nie stało z moim starym telefonem, tylko się trochę klapka porysowała. Ale afery nie będę robić, o małą ryskę.- gdy skończyła mówić uśmiechnęła się do mnie serdecznie, co z przyjemnością odwzajemniłam. Mam bardzo dobry humor, jak na mnie, więc staram się to pokazywać. Po paru minutkach, parkowałam na parkingu pod supermarketem „Aldi”*. Wzięłyśmy duży koszyk na kółkach. Od razu bez zastanowienia do niego weszłam, wystawiłam nogi za wózek. Moja przyjaciółka cały czas się ze mnie śmiała. Wwalałam wszystkie słodycze i inne bomby kaloryczne**, do koszyka, a raczej na siebie. Pod koniec „trasy”, postanowiłam wyjść z wózka i stanąć w cywilizowany sposób w kolejce do kasy. Pomogłam Meggie wyłożyć wszystkie produkty, które postanowiłyśmy kupić, na taśmę. Kasjerka spojrzała na nas spod okularów, zapewne zastanawiała się jak to wszystko zjemy. Szczerzę to też się zastanawiam. Zapłaciłyśmy Nancy, pewnie domyśliliście się jak to odkryłam? Spojrzałam na plakietkę. Hehe, nie ma to jak sobie docinać, od razu walnęłam się w głowę mentalnie. Tym razem prowadziła Meg. Wyjrzałam przez szybę, robiło się ciemno. Dopiero co była 13, skierowałam wzrok na radio. Chwilę przeczekałam i zobaczyłam godzinę. 18:34. To sobie poszalałyśmy. Gdy tylko weszłam do domu, poszłam do salonu i walnęłam się na kanapę. Pożałowałam tego prawie od razu. Moja kochana, siostra postanowiła zrobić to co ja... tylko, że na mnie. Zrzuciłam ją z siebie i zaczęłam się śmiać z jej miny, która wyrażała zdezorientowanie. Pociągnęła mnie za sobą, co nie było mądre, bo tym razem to ja ją zgniotłam.
-Anne, idź przyszykuj przekąski i picie. A ja poszukam fajnych filmów w telewizji.- wzruszyłam tylko ramionami i poszłam rozpakowywać siatki. Po rozpakowaniu ich, postanowiłam przesypać do miski chipsy o smaku fromage. Uwielbiam ten smak, Meg zaś ubóstwia zieloną cebulkę. Wzięłam pod rękę picie, jedną dłonią zabrałam miskę, a drugą złapałam za dwie szklanki. Postawiłam wszystko na stoliczku, który miałyśmy przy kanapie. Przyglądałam się znudzonej siostrze, która przełączała kanały.
-Może weźmy jakiś z naszych.- zaproponowałam z pełną buzią. No, co? Jest to jem.
-Dobry pomysł, ale ty zostajesz tu. Ja wybieram filmy.- wyszczerzyła się i zabrała miskę. Jęknęłam w proteście i założyłam skrzyżowane ręce na klatce piersiowej. Wpatrywałam się w reklamy, które akurat leciały na kanale. Po chwili na dole z wielkim pudłem, pojawiła się moja przyjaciółka. Nawet nie wiedziałam, że mamy ich, aż tyle.
-Zamknij buzie niunia, bo ci mucha wleci.- zaśmiałam się i pokazałam jej język. Dziewczyna siadła na podłodze, a ja obok niej. Wzięłam pierwszy film, który mi się nasuną pod rękę.
-„Taxi 3”.- przeczytałam.
-”Lol”.- powiedziała Meggie.
-”Wredne dziewczyny”.
-”Monte Carlo”.
-”Pamiętnik księżniczki.”
-”Królowa balu”, na prawdę? O mój boże! Ile ja tego filmu szukałam!
-Meg, jak chcesz możemy go obejrzeć.
-Tak! Ale wybierzmy jeszcze coś.
-”Niezgodna”. Oh, jak ja kocham tą aktorkę.- powiedziałam i przytuliłam do siebie pudełko. Meg w tym czasie się na mnie gapiła jak na kosmitę. Po chwili jej ręka po raz kolejny zanurkowała w tekturowym pudle.
-”Straszny film 2”. To też musimy obejrzeć!- coś czuję, że to nie będzie takie fajne. Oglądałam jedynkę i mi się nie za bardzo podobało. No, ale niech jej będzie. Zajrzałam do pudła i wyciągnęłam „Epokę lodowcową 3”. Wyszczerzyłam się w stronę Meggie, pokazując jej bajkę. Dziewczyna zrobiła facepalma, by po chwili mogła spojrzeć na mnie litościwie. Zrobiłam słodziutką minę i od razu wiedziałam, że się zgodzi. Westchnęła i zaśmiała się, co oznaczało (w naszym języku) zgoda. Podbiegłam i włożyłam płytę z bajką do odtwarzacza. Pod czas reklam początkowych, wróciłam się do kuchni. Wzięłam kolejną paczkę chipsów i orzeszki. Wchodząc do salonu, zobaczyłam przyjaciółkę, która zapewne szukała pilota. Zaśmiałam się, był na półce, przy dekoderze DVD. Zaczęłyśmy nasz maraton filmowy, który trwał do białego rana.
POV Justin
Byłem mocno wkurwiony, musiał w takim momencie zadzwonić Tom. Rzesz kurwa, do cholery. Już praktycznie byłem jedną nogą w jej łóżku, a tu co? Pieprzony telefon! Wyskoczyłem przez okno i pobiegłem do samochodu. Odjechałem w miarę przyzwoicie, czyli bez pisku opon. Ahh, szkoda. Myślami wróciłem do zdarzenia sprzed chwili. Jej oczy, błyszczące, piwne. Gdy tylko w nie patrzyłem, czułem się jakbym próbował najlepszego alkoholu na całym świecie. Jej miękkie, delikatnie, kasztanowe włosy, sprawiały uczucie puchu, a do tego pachniały truskawkami. Idealnie pulchne i malinowe usta, słodkie niczym miód. BIEBER, CO TY ODPIERDALASZ?!- wrzasnąłem w myślach i od razu ostro zahamowałem. Chłopie, co z tobą? Czemu myślisz o jakiejś lasce, która jest taka jak inne? Zapewne udaje niedostępną i daje dupy każdemu, bez wyjątku. To po pierwsze, a po drugie, gdzie do cholery mój rozum? Przecież nie musiałem od razu jechać, mogłem skończyć, to co zacząłem i już bym wygrał zakład z Jackob'em.- cały czas oddychałem głęboko, próbując się uspokoić. Tak założyłem się z Jack'iem, oto czy ją przelecę przez pierwszy tydzień, ale to już nie ważne, czas na drugi etap. Romantyk, czyli różne duperele jak słodkie słówka, czy rzeczy. Założyłem się więc zakład wygram, mam jeszcze jutro. Ruszyłem w dalszą drogę, gdyż nie chciałem spędzać całej nocy na jakimś totalnym zadupiu. Jechałem środkiem drogi, gdyż na ulicy byłem tylko ja. Zacząłem driftować. Tak, to od zawsze mnie rozluźniało. Kocham szybką jazdę, kocham adrenalinę.

**
Och jak dobrze napisać kolejny rozdział przy płycie Justina „Believe”. Jak wam się podoba? Nie za nudny? Uda się Justin'owi wygrać zakład, czy może pierwszy raz w życiu przegra?
*Jeden z londyńskich supermarketów.

**Wliczając picie typu coca-cola, chipsy i popcorn.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 13 "Szczęście, czy pech?"

POV Meggie
Obudziłam się jak nowo narodzona, mimo że wczoraj zasnęłam, razem z Anne, ok. 3 nad rankiem. Teraz jest, spojrzałam na zegar, 12:46. Ahh... i wiadomo dlaczego jestem wypoczęta. Sobota, jak ja kocham weekendy. Wygramoliłam się z łóżka i w podskokach pognałam do garderoby.

Po króciutkim prysznicu, ubrałam się w to, co wybrałam wcześniej. Zeszłam na parter. Już chciałam pytać Ann, co na śniadanie, gdy nie zauważyłam jej w kuchni. Po chwili już stałam przed drzwiami pokoju mojej siostry. Zapukałam, a gdy nie usłyszałam nic, po cichu weszłam. Mój wzrok powędrował w stronę, słodko śpiącej przyjaciółki. Na całym łóżku były porozwalane chusteczki, niektóre z braku miejsca pospadały na podłogę. Dziewczyna słodko pochrapywała, zapewne ma zatkany nos. Jestem ciekawa, gdzie się wczoraj szlajała, że się tak załatwiła. Postanowiłam dać jej pospać i spróbować coś upichcić.
15 min. później
Próbowałam właśnie przewrócić prawie spalonego pancake'jka, obrać pomarańcze na świeży sok i posmarować, ledwo ocalonego od zwęglenia, naleśnika nutellą.
POV Anne
Mimo, że mam katar, obudził mnie zapach (lub jak kto woli odór) spalenizny. Natychmiastowo zerwałam się z łóżka i poleciałam do kuchni. Gdy weszłam zaczęłam machać ręką, by nie udusić się dymem. Pootwierałam wszystkie okna w tym pomieszczeniu i już miałam ochrzanić Meggie za prawdopodobnie, celową próbę wywołania pożaru, gdy przyniosła mi dwa naleśniki oraz sok pomarańczowy. Niby niewiele, ale od serca. Posłałam Meg uśmiech i wzięłam od niej talerz, by później skierować się w stronę jadalni. Zasiadłam do stołu, a moja siostra przede mną.
-Meggie, a ty co zjesz?- spytałam, gdy nic nie miała przed sobą.
-Ja już jadłam.- wiedziałam, że kłamie, a do tego przyglądała się łakomie mojemu śniadaniu. Wstałam od stołu, poszłam po drugi widelec oraz drugi kubek i wróciłam. Wręczyłam te przedmioty Meg, przelałam ze swojej szklanki pół picia. Zaczęłyśmy razem jeść, wbrew pozorom, było dobre. Spojrzałam na przyjaciółkę, dopiero teraz zobaczyłam jak wygląda. We włosach miała biały napój, zapewne mleko, a na policzkach mąkę. Natomiast jej ubranie było czyste, nie powiem tego o kuchni, która teraz wygląda, jakby przeszło tamtędy tornado.
30 min. później
Zmęczona położyłam się na połowie kanapy. Wysprzątałyśmy całą kuchnie, najchętniej teraz bym się przespała. Ale musiałam jeszcze się ubrać. Wgramoliłam się na pierwsze piętro, by móc wejść do mojego pokoju. Wybrałam zwykły strój, w którym mogę swobodnie chodzić po domu.

Po założeniu go, uczesałam włosy w wysokiego kucyka. Usłyszałam krzyk Meg z dołu, więc zeszłam po schodach.
-Anne, jak pewnie wiesz, mój telefon, został w szkole...- powiedziała. -Jeżeli go nie znajdą, czy nie uratują, to kupie sobie nowy. Będę za dwie godzinki, nie idź się kąpać w basenie, bo mi się bardziej rozchorujesz.
-Dobrze, nianiu.- zaśmiałam się. Meg tylko wystawiła mi język, wywróciłam oczami i poszłam do salonu. Włączyłam telewizor i sprawdziłam godzinę. Była za pięć czternasta. Poprzeglądałam parę kanałów, by w końcu zatrzymać się na „Czarownicy”. Półtorej godziny później usłyszałam dzwonek do drzwi, zdziwiona poszłam otworzyć.
Pierwsze co zobaczyłam to dużo fioletowych róż, aż zaniemówiłam z wrażenia. Spojrzałam ponad kwiatki, jak pewnie się domyślacie, to był Justin. Wpuściłam go do domu, wzięłam od niego bukiet. Nalałam wody do flakonu i wstawiłam róże. Oczywiście powąchałam je, pachniały tak słodko.
Byłam w pięknym ogrodzie mojej prawdziwej rodziny. Z tego co pamiętam, gdzie się nie spojrzało były rozmaite kwiaty. Najwięcej było, moich ulubionych róż.
Położyłam rękę na czoło, zapewne mam dziwne omamy, przez gorączkę. Spojrzałam w stronę Justina, który jakby był u siebie, rozłożył się na praktycznie całej kanapie. Westchnęłam i usiadłam obok niego, oczywiście w sporej odległości. Gdy zapatrzyłam się w film, nawet nie poczułam kiedy mnie objął. Masował moje ramie, przez co dostałam, o dziwo przyjemne dreszcze. Jego dotyk mnie uspokajał, wyciszał. Spojrzałam na niego, a on na mnie. Dziwnie się poczułam, mój oddech przyśpieszył. Jego dłoń wtopiła się w moje włosy, delikatnie je przeczesując. Nie mogłam się oprzeć pokusie i już po chwili spojrzałam na jego usta. On jak na złość oblizał wargi, przez co przygryzłam wargę. Spojrzałam w jego oczy, miałam wrażenie, że pociemniały. On zaś wpatrywał się w moje usta, postanowiłam oblizać górną wargę, jak to on zrobił wcześniej. Przełknął ślinę, przez co jego jabłko Adama, poruszyło się w górę i w dół. Dzieliło nas tylko nie całe 5 centymetrów. Po sekundzie poczułam te upragnione usta, na swoich. Zamknęłam oczy, rozkoszując się nim. Chłopak zaczął lekko poruszać wargami, czułam miętę i papierosy. Przejechał po mojej dolnej wardze, ja nie chcąc zajść za daleko, nie wpuściłam jego języka do mojej buzi. Jednak on przygryzł moją dolną wargę, przez co syknęłam i otworzyłam usta. Zadowolony ze zwycięstwa, wsadził język do mojej buzi. Chciałam go od siebie odsunąć, ale dotknął mojego podniebienia, przez co jęknęłam. Justin swoim językiem, ocierał o mój. Było mi tak przyjemnie. Położył swoje ręce na moich biodrach, lekko ciągnąc w górę. Omotana, siadłam okrakiem na jego kolanach. Zaczęło mi brakować powietrza, więc przerwałam pocałunek. Jednak, gdy tylko wzięłam powietrze, chłopak znów zaatakował moje usta. Ręce zsuną na moje pośladki i lekko ścisnął, przez co pisnęłam, a on mruknął. Poczułam, jak Justin delikatnie kładzie mnie na kanapie. Znów wzięłam chwilkę przerwy na oddech, ale ponownie spokojne oddychanie, przerwał mi język chłopaka. Chłopak drażnił się ze mną liżąc mi podniebienie. Nie mogąc tego dłużej utrzymać jęknęłam gardłowo. Założyłam ręce na jego szyję, by przyciągnąć go jeszcze bliżej siebie. Justin oderwał się ode mnie i przeszedł z pocałunkami na szyję. Czułam jak przygryza i ssie moją skórę na szyji. Zaczęłam się śmiać, ale przyłożyłam lewą rękę do ust, by stłumić chichot. Nie ma to jak łaskotki w takim miejscu. Po chwili Justin odsunął się trochę i podziwiając swoje dzieło mruknął z zadowoleniem. Oddychałam ciężko, można by powiedzieć, że dyszałam. Serce waliło mi tak mocno, że miałam wrażenie jakby ktoś próbował zrobić dziurę młotem pneumatycznym, ale tylko powoduje trzęsienie. Chłopak miał ponownie złączyć nasze usta, gdy...
**
Hehe... nie ma to jak, niektóre zakończenia ;p

wtorek, 16 czerwca 2015

One-shot 1 "Wrzaski i piski"

One-shota dedykuję Madzi; It's too late to cry
Oraz zapraszam na jej bloga: Never let me go
POV Anne
Siedziałam z Justinem na kanapie w salonie w domu moim i Meggie. Szeptaliśmy sobie słodkie słówka. Gdy nagle zauważyłam wielkiego, włochatego pająka. Pełzał po dębowych panelach prosto w naszą stronę. Strasznie nienawidzę i boję się tych stworzeń. Jak to ja, zaczęłam przeraźliwie piszczeć. Od razu stanęłam na miękkim meblu. Justin odwrócił się, gdy pokazałam pewien punkt na podłodze, przez który tak panicznie piszczałam. On widząc zwierze, również zaczął piszczeć. Mogłabym powiedzieć, że jego pisk wydawał się bardziej kobiecy niż mój. I tak we dwoje staliśmy i wrzeszczeliśmy. Ja chowałam się za Justinem, a on sam starał się mnie wypchać do przodu na pożarcie. Usłyszałam otwieranie głównych drzwi, jednak nadal nie przestałam piszczeć. Justin również usłyszał specyficzny dźwięk. Spojrzeliśmy sobie w oczy by zaraz wrzasnąć:
-MEG!- zaczęliśmy się cofać na sam koniec kanapy, gdyż pająk był coraz bliżej. Moja zdezorientowana siostra weszła, jak gdyby nigdy nic, do salonu. Przeszła obok pająka, nie zauważając go. Czerwono włosa spojrzała na nas dziwnie i usiadła na miękkim meblu. Ja znów wskazałam miejsce, w którym znajdywał się zwierz. Moja przyjaciółka jak na zawołanie zaczęła się drzeć i przytuliła się do mnie, tak samo jak Justin. Po raz drugi dzisiejszego (okropnego) poranka usłyszałam odgłos otwieranych drzwi.

-DAVID!- w trójkę wrzasnęliśmy. A kiedy chłopak wszedł do pomieszczenia, Meggie zaczęła mówić jego imię nieustannie, co kilka powtórzeń brała głębokie wdechy i zaczynała od początku. Ja po raz trzeci wskazałam na podłogę. Patrzyłam razem z Justinem i Meg, jak David bierze pajęczaka na rękę. Wszyscy zaczęliśmy jak opętani wrzeszczeć i piszczeć. Coś czuję, że jutro nie będę mogła nic mówić.- pomyślałam. Chłopak przeszedł koło nas, przesunęliśmy się na oparcie kanapy. Przeważyliśmy ją, przez co się wywaliła, a my z nią. Widziałam Davida podchodzącego do okna, który coś strzepną z ręki. Wiadomo, że „coś” było pająkiem. Ohydnym, włochatym i obleśnym pająkiem.
**
Nie umiem pisać one- shortów. Jak pewnie się domyślacie ten one-short jest moim pierwszym. I tak wiem, że jest beznadziejny. Ale cóż... życie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 12 "Niesamowity taniec, z niesamowitą osobą"

POV Anne
Wesoła jak nigdy, patrzyłam na oddalający się samochód Davida. Zaczęłam iść w stronę centrum Londynu. Postanowiłam porozglądać się po mieście. Zważywszy, że byłam przy Victoria Street, doskonale widziałam Big Bena. Nie miałam pieniędzy przy sobie, bym mogła go dziś zwiedzić. Nagle poczułam czyjeś ręce na biodrach, wzięłam głęboki wdech, spowodowany zaskoczeniem. Osoba za mną zaczęła mnie ciągnąć w swoją stronę, obracając przy tym. Moja spódniczka zawirowała, przez co na mojej twarzy zaczęły się pojawiać wypieki. Wpadłam na czyjąś umięśnioną klatkę piersiową. Moja prawa ręka trafiła na ramię chłopaka, druga zaś została złapana w czyjąś dużą dłoń. Niepewnie spojrzałam w górę, zauważyłam mleczno-czekoladowe oczy Justina.
-A co tak piękna dama robi sama w centrum Londynu?- zapytał szczerząc się na widok moich rumieńców. Staliśmy w pozie jak do wolnego tańca. Nie odzywałam się zawstydzona, jednak nadal nie spuszczałam wzroku z niego.
-Umm...- zająknęłam się. Zagrzmiało, przez co się wzdrygnęłam. - Justin zaraz lunie deszcz.- wyszeptałam.
-”Nie czekaj, aż burza minie. Naucz się tańczyć w deszczu.”- wypowiedział, a po chwili z nieba zaczęły spadać coraz większe krople wody. -To co? Zatańczysz?- spytał, ze swoim standardowym uśmiechem.
-Ale... ja nie umiem tańczyć.- spuściłam wzrok na jego klatkę piersiową. On podniósł mój podbródek, tak, że musiałam na niego patrzeć.
-Nie szkodzi, nauczę cię.- nie mogłam spuścić wzroku z jego olśniewającego uśmiechu. Nawet nie wiem kiedy sama zaczęłam się uśmiechać.
-Ok.- powiedziałam cicho. Zaczął powoli, dyktując rytm. Rytm, który kojarzył mi się ze spadającymi kroplami na szybę. Każdy jego krok był płynny. Nie zwracał uwagi na ludzi przechodzących koło nas, czy na to, że jesteśmy cali przemoknięci. Nadążałam za nim, czułam się jakbym była w jakimś transie. Justin obrócił mnie, by znowu powrócić do tańca. Po paru krokach chłopak złapał mnie za talię, podniósł i zaczął się kręcić.

Odstawił mnie na ziemię. Spojrzałam się na niego i zachichotałam. Miał przylizaną grzywkę. Wyglądał tak słodko... zaraz przecież ja go nie lubię! Zatrzymałam się, Justin zrobił to samo. Wpatrywał się we mnie zdziwiony. Zdjęłam rękę z jego barku, a drugą wyrwałam. Spojrzałam na niego ostatni raz i zaczęłam biec w stronę domu. Słyszałam jak mnie woła, jednak starłam się nie odwracać. Wyjęłam telefon i sprawdziłam godzinę. Była 11:52, ale ten czas leciał. Było ciemno przez burzowe chmury, wydawało mi się, że jest około 18. Biegłam przed siebie, przepychając się między ludźmi. Jedni nie zwracali na mnie uwagi, drudzy oglądali się wściekle, a jeszcze inni krzyczeli za mną, żebym uważała. Byłam cała mokra; ubrania, buty, czy włosy, całe przemoczone. Było mi bardzo zimno, szczególnie gdy mocno wiał lodowaty wiatr. Burza się nasilała, było coraz więcej grzmotów i błyskawic. Właśnie przebiegałam przez pasy dla pieszych, które były bez świateł. Usłyszałam z prawej głośny pisk opon. Wrzasnęłam przestraszona i upadłam na asfalt. Z czarnego samochodu szybko wysiadł David. Chłopak pomógł mi wstać i dał koc. Siadłam na tyłach auta, nie odzywałam się. Rozłożyłam się na wszystkich tylnich siedzeniach i moje oczy skierowałam na przeciwne okno. Z daleka można było zobaczyć krople przebiegające po całej szybie.
POV Justin
-Anne!- wrzasnąłem po raz trzeci. Spieprzyłem nawet nie wiem jak, ani czym, ale spieprzyłem. Już było tak blisko, by do końca mi zaufała. Może jeszcze jutro uda mi się to i owo zdziałać. Coś czuję, że niedługo podda się i da mi wolną rękę. Wtedy ja będę mógł wykreślić ją z listy dziewczyn do przelecenia. Uśmiechnąłem się do siebie, idąc w stronę parkingu szkolnego. Jakbyście się pytali, to tak, śledziłem Anne. Widziałem jak zadowolona wyszła poza obszar szkoły. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę mojego domu. Po paru minutach zaczął dzwonić mój telefon. Spojrzałem na ekran i bez wahania odebrałem.
-Justin przyjedź do magazynu po towar. Niejaki Alby Walker, chce trochę LSD.- powiedział Tom. Zmieniłem kurs i zawróciłem w stronę opuszczonych magazynów.
-A ile dokładnie tego chce?- zapytałem.
-Dziesięć bibułek, zanim coś powiesz. Tak wiem, że to dużo, ale ważne czy chłopak ma kasę.- oznajmił, na co ciężko westchnąłem.
-Ok, zaraz dojadę.- odparłem i rozłączyłem się. Patrzyłem na drogę, lecz moje myśli powędrowały do zdarzenia sprzed chwili. Do Anne. Jej słodki chichot, piękne oczy, czy... malinowe, pełne usta. Kasztanowe włosy, przyklapnięte do twarzy z powodu deszczu albo delikatne ciało. Zatrzymałem auto pod jednym ze starych magazynów. Szybko wszedłem do budynku, rozglądając się zauważyłem stół i walizkę. To był niespotykany jak na razie przeze mnie widok. Zawsze ktoś pilnował towaru. Podszedłem wolnym krokiem do mebla. Gdy już miałem wziąć walizkę, poczułem czyjąś obecność. Natychmiast wyciągnąłem pistolet i szybko się odwróciłem. Przyłożyłem mężczyźnie broń do czoła, chłopak od razu się przeraził.
-C-czy t-ty je-jesteś Justin, Justin Bi-Bieber?- spytał drżącym głosem, co chwilę się jąkał. Zacząłem się niepohamowanie śmiać, on nie wiedząc co zrobić zaczął się śmiać razem ze mną. Natychmiast przerwałem i prychnąłem. Jak on śmie śmiać się razem ze mną? Razem z Justinem Drew Bieberem, prawą ręką Toma?- zapytałem sam siebie w myślach. Nie odpowiedziałem na jego pytanie tylko sam zadałem inne:
-Jesteś nowy w tej branży?
-T-tak.
-Czy Tom naprawdę jest taki głupi, by zatrudniać niedoświadczonych?- powiedziałem bardziej do siebie, niż do trzęsącego się chuchra.- Wiesz, że dawno byłbyś martwy, gdyby ktoś inny odbierał towar?- teraz pytanie skierowałem do chłopaka. On tylko przełknął ślinę. Schowałem broń z powrotem do spodni. Bez słowa wyszedłem z punktu odbioru walizkę, którą ułożyłem na siedzeniu pasażera. Zadzwoniłem do Toma, mówiąc mu, że wziąłem towar. Przy okazji spytałem o miejsce spotkania. Gdy zakończyłem rozmowę od razu skierowałem się w stronę Ebury Street. Miałem się spotkać z chłopakiem przed Tomtom Coffee House. Po 20 minutach dojechałem na miejsce. Wysiadłem z samochodu i zapłaciłem za parkomat. Szedłem wolnym krokiem w stronę kafejki. Oczywiście, żeby się nie rzucać w oczy, otworzyłem walizkę w samochodzie i przełożyłem narkotyki do kieszeni. Zauważyłem zakapturzonego chłopaka. Siedział przy jednym ze stolików, podszedłem i dosiadłem się. Spojrzałem na twarz klienta, młody chłopak, na oko 15-16 latek, wpakował się w wielkie gówno. Nachyliłem się w jego stronę i spytałem:
-Masz forse mały?
-A masz bibułki?- spytał sarkastycznie, co mnie zezłościło. Nie chcąc zwracać na siebie uwagę tylko pokiwałem złowrogo głową. Chłopak sięgnął do kieszeni wyciągając grubą mamonę. Wziąłem do ręki pieniądze i powoli z dokładnością policzyłem. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy suma się zgadzała. Rozejrzałem się w około i pod stolikiem przeniosłem torebeczkę z LSD, przy okazji schowałem gotówkę do kieszeni spodni. Wstałem i poklepałem chłopaka po plecach. Już po chwili jechałem w stronę domu Toma, by dać mu z ręki do ręki zarobiony szmal.
POV Anne
Pod ciepłym kocem w salonie mojego i Meggie domku oglądałam jakąś denną telenowelę. Lecz myślałam o wszystkich zdarzeniach i osobach, które mnie spotkały w Londynie. David słodki chłopak, nieśmiały, a za razem taki wesoły – idealnie pasujący do Meg. Rebeca, którą poznałam pod czas nieprzyjemnej dla mnie rozmowy. Była sprośna i odczuwała we mnie wroga. Weyne, który próbował powstrzymywać mnie przed przyłożeniu Bieberowi. Wydawał się miły i taktowny. Moje przemyślenia przerwała wchodząca do pomieszczenia moja przyjaciółka. Gdy tylko usiadła, obok mnie na sofie, natychmiastowo się w nią wtuliłam. Była taka zimna, co sprawiło mi ulgę.
-Ann, chyba masz gorączkę.- wyszeptała przykładając mi dłoń do czoła.
-Meg, nie przesad...- nie skończyłam, ponieważ zakręciło mnie w nosie i kichnęłam.
-Rozchorowałaś się moja droga siostrzyczko.- wyszczerzyła się do mnie. Oh, ciekawe dlaczego?- spytałam sama siebie sarkastycznie w myślach. Wstałam z miękkiego mebla i skierowałam się na pierwsze piętro. Mogłam usłyszeć chichot Meg.

-Księżniczko Anno Alexandro Black, panny płaszcz się zakurzy.- udawała przejęcie. Zaśmiałam się i podniosłam sunący materiał za mną z podłogi. Wchodząc do mojego pokoju, od razu spojrzałam na zegar naścienny. Była 17:24, ze względu na w miarę wczesną porę. Przyszykowałam sobie długą i relaksującą kąpiel w wannie. Na późniejszą porę umówiłam się z Meg na wieczór filmowy. Będziemy oglądały „Ona to on”, „Paranormal Activity” i „Chłopiec w pasiastej piżamie”. Ten pierwszy to komedia romantyczna, drugi przerażający horror i trzeci, bardzo przygnębiający dramat.
**
Przepraszam bardzo, za całe DWA miesiące bez rozdziału. Zmotywował mnie zbliżający się wynik odwiedzin- 1000! Z tej oto okazji spróbuję stworzyć One-shorta o głównych bohaterach mojego opowiadania :) Przepraszam też, że rozdział jest taki krótki.

czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 11 "Nie za fajny poranek"

POV Justin
Zaraz po odniesieniu Anne, wyszedłem z jej domu. Nie chciało mi się gadać z tym frajerem i imitacją fajnej laski. Wsiadłem do samochodu i zaraz zaparkowałem go na sąsiednim podwórku. Kilka minut wcześniej dostałem od Weyna smsy, że jego rodzice wyjechali w „sprawach służbowych” i z tej okazji zorganizowali małą imprezę. Czemu nie skorzystać? Takie spotkania zawsze były odprężające... a mi przydało by się trochę relaksu. Przeszedłem przez podwórko i bez pukania wszedłem do domu. W mieszkaniu dało się wyczuć dym papierosów i zapach alkoholu. W salonie na kanapie leżał nie przytomny Weyne, miał pół otwarte oczy, wyglądał upiornie. Na dole obok niego, opierał się Jackob. Palił jointa, na jego kolanach w samej bieliźnie siedziała Scarlett... obraz był lekko zamazany przez dym, ale w oddali na balkonie dostrzegłem jeszcze trzy osoby. Przeszedłem przez pokój i oparłem się o framugę. Na zewnątrz stały dwie dziewczyny Vanessa i Rebeca, i Cody, młodszy brat Weyna. Patrzył się na dziewczyny maślanymi oczami i przyglądał się ich piersiom.
-Mogę ich dotknąć?- zapytał z nadzieją.
-Jasne!- Cody oblizał wargi i wyciągną rękę w stronę Rebecy.
-Myślałem, że tylko ja mam do tego prawo...- powiedziałem ironicznie. Dziewczyna obróciła się w moją stronę, wyglądała na wściekłą.
-Nie od kiedy łazisz za tą dziwką!- była nieźle wstawiona, miała nienaturalnie duże źrenice.
-Miałem zamiar ci to wynagrodzić... ale najwyraźniej wolisz żeby zostało tak jak jest.- Venessa przyglądała się mi podejrzliwie, a Cody nadal wlepiał oczy w klatkę piersiową Rebeci.
-To, mogę cie pomacać?- zapytał młody.
-Jasne, że tak!- powiedziałem i uśmiechnąłem się do niego. Odwróciłem się od nich i przez chwile słyszałem za sobą pojękiwanie Rebecy. Nie sprzeciwiła się... dla niej moje słowo było święte. Byłem pewny, że zaraz podejdzie do mnie i zacznie mruczeć przeprosiny. Jak się okazało, parę minut później, miałem racje.
-Justin...- wyszeptała.- przepraszam, przecież wiesz, że nie jest mi łatwo. Kocham cię.- w tym miejscu wzięła głęboki oddech, chciała żebym jej odpowiedział tym samym.- Przecież wiesz jaki jesteś dla mnie ważny... oh, powiedz coś! Zrobię wszystko. Dosłownie wszystko, dla ciebie mogę nawet skoczyć w płomienie.
-Jesteś żałosna. Myślisz, że przydasz mi się martwa, skoro nawet gdy żyjesz nie ma z ciebie pożytku?
-Nie, Justin. Ja tylko chcę żebyś był szczęśliwy. Miałam nadzieję...
-Na co?- przerwałem jej.- Myślisz, że będę tracił na ciebie czas?- uwielbiam bawić się jej uczuciami. Szczególnie kiedy udaje zakochaną i przeprasza mnie choć to ja powinienem przepraszać ją.- Kiedy mnie poznałaś, wiedziałaś, że wchodzisz w otwarty związek. Możesz spotykać się z kimkolwiek zechcesz, ale uparłaś się, że będziesz mi wierna... więc bądź!- w jej oczach pojawiły się łzy.
-Nie mów tak!- powiedziała i wybiegła na korytarz, a potem po schodach na górę. Tego właśnie chciałem. Pobiegłem za nią i zanim zdążyła coś powiedzieć przycisnąłem do ściany.
-Przepraszam...- wyszeptała całując mnie w szyję. Wsunąłem ręce po jej koszulkę, otworzyłem drzwi do sypialni rodziców Weyna i pchnąłem ją na łóżko. Zanim zdążyłem podejść do niej, usłyszałem dzwonek telefonu. Odebrałem.
-Co jest?- zapytałem.
-Dzwonie do ciebie od godziny, Justin.- usłyszałem głos Toma.
-Możliwe, że nie miałem zasięgu.
-Co mnie to obchodzi? Potrzebuje cię. Teraz. Będę u ciebie za godzinę.- rozłączył się... typowe dla Toma.
POV Anne
Obudziłam się w swoim pokoju. Dokładnie pamiętałam to co działo się tego wieczoru. Bałam się co będzie dalej... co Justin zamierza, będziemy się teraz spotykać? Nie chciałam o tym myśleć, ani przebywać w jego towarzystwie. Jestem na siebie zła, że się zgodziłam... teraz już na sto procent się nie odczepi. Co gorsza to spotkanie mi się podobało. Gdyby on był taki przez cały czas... spojrzałam na zegarek, 2:27. Powoli zwlokłam się z łóżka i weszłam do łazienki. Nie cierpię chodzić spać, gdy nie jestem umyta. Czuje wtedy na sobie cały brud, który zbierał się na mnie przez dzień. Weszłam pod prysznic i rozplątałam włosy. Woda otuliła mnie w całości. Wzięłam szampon i zaczęłam myć głowę. W takim momencie powinnam poczuć odprężenie, ale zamiast tego w mojej głowie rozpętała się burza. Jak znalazłam się w pokoju? Jeżeli przyniósł mnie tu Justin, to Meg musiała go wpuścić... pewnie jest wściekła. Ja zawsze się wściekam, kiedy do domu przywozi ją ktoś, kogo nie znam lub ktoś kogo znam i nie ufam. A ona na pewno nie ufa Justinowi... zresztą ja też. Wyszłam z kabiny i przyjrzałam się sobie w lustrze. Moje długie włosy plątały się na dole, wyglądałam potwornie. Makijaż, którego nie zdarzyłam zmyć przed kąpielą, spływał po moich policzkach. Z moich mokrych i potarganych włosów, spływały małe kropelki wody. Szybko podeszłam do umywalki i zmyłam resztki z buzi. By po chwil zacząć się wycierać. Włosy rozczesałam i postanowiłam ich nie suszyć, z jednego powodu, mianowicie był środek nocy. Byłam bardzo głodna, mimo pizzy, którą zjadłam wcześniej. Wyszłam z toalety i owinięta w szlafrok, zeszłam na dół. Wyjęłam z lodówki zimnego kurczaka. Nie lubiłam jeść zimnych potraw, ale teraz posmakowało by mi wszystko. Wzięłam go na górę, nie chciałam obudzić Meg, ale ona czekała już na mnie w pokoju. Siedziała na moim łóżku i przyglądała się zdjęciu, które trzymała w ręce. Cicho usiadłam obok niej. Siedziałyśmy w milczeniu jakieś dziesięć minut, przyglądając się fotografii. Przedstawiała mnie i Meg, dwa lata temu w parku. To był cudowny dzień, pełen atrakcji, wypełniony śmiechem i radością. Obie ubrane w szkolne mundurki, stałyśmy nad brzegiem rzeki, wszystko z tamtego czasu pamiętam doskonale. Ale to minęło i już nie wróci. Usłyszałam ciężkie westchniecie mojej przyjaciółki. Przyglądała mi się.
-Anne, wiem, że masz własny rozum i, że jesteś rozsądna. Po prostu nie chcę, żeby historia się powtórzyła.
-Wiem.- powiedziałam beznamiętnie.
-Tak, wiesz... ale ja tego nie rozumiem.
-Powiem ci... teraz?
-Uhm.
Opowiedziałam jej wszystko po kolei, wspomniałam też o moich zmartwieniach dotyczących Justina.
-Palant.- powiedziała.- Żeby tak na kimś wymuszać randki.
-To nie była randka! Najgorsze jest to, że mi się podobało.
-Tylko jedno mnie zastanawia. Skąd on do cholery wiedział, gdzie masz pokój?
-Skąd mam to wiedzieć?- udałam zdziwioną. Nie lubię jej okłamywać, ale nie chcę żeby wiedziała. Boję się jej reakcji. - Jestem zmęczona.- powiedziałam wymijająco.
-No dobra... to dobranoc.- wyszła z pokoju, gasząc światło. Dopiero teraz przypominałam sobie o kurczaku, ale jak na złość, nie jestem już głodna. Położyłam się i szczelnie przykryłam. Kołdra była bardzo miękka, od razu zrobiło mi się ciepło.
-Dobranoc.- zasnęłam.
Następny ranek okazał się totalną katastrofą. Zaspałam, nie zdarzyłam się pomalować, ani zjeść. Potem potknęłam się na schodach i wylądowałam na tyłku... pobrudziłam spodnie i musiałam pójść i przebrać się w domu. W drodze do szkoły przypominało mi się, że nie wzięłam ze sobą klucza do szafki... fatalnie. Stałam w korku, jakiś kwadrans. Meg było to obojętne, ale je nie chciałam spóźnić się do szkoły. Na parkingu, wjechałam w kosz i na masce samochodu powstało, niewielkie wgniecenie.
-Jasper to załatwi.- powiedziała lekceważąco Meggie.
-Ta... jasne.- powiedziałam bez przekonania i razem ruszyłyśmy do szkoły. Jedyną pozytywną myślą, jest to, że mam pierwszą lekcję z Meg. Weszłyśmy pędem do szkoły... no dobra, ja weszłam pędem do szkoły, a moja przyjaciółka wlokła się za mną. Zostawiłam kurtkę w szatni oraz zmieniłam obuwie. To samo zrobiła Meggie, tylko dużo wolniej.
-Meg szybciej, proszę cię.- westchnęłam, widząc jak po raz trzeci stara się zawiązać idealną kokardkę na swoich wansach.
-Już!- wykrzyknęła, na co się uśmiechnęłam.- Teraz czas na drugi but.- westchnęłam zrezygnowana, opadając na ławkę obok mojej siostry. Po całej szkole rozniósł się znienawidzony dźwięk, przez każdego ucznia – dzwonek na lekcje. Wstałam z mebla, gdy zauważyłam, że Meggie się również podnosi. Zabierając torbę, ruszyłam w stronę mojej szafki. Zostawiłam nie potrzebne książki i zeszyty. Meg zapukała w drzwi, by po chwili pociągnąć metalową klamkę. Przełknęłam ślinę, zdenerwowana. Nie widziałam twarzy pani Giny, ponieważ Meggie jest wyższa ode mnie. Bałam się, że się wścieknie jak pani Clara. Meg zaczęła mówić o naszym niefartownym poranku, mówiąc „naszym” mam na myśli o moim niefartownym poranku. Moja przyjaciółka pominęła krępujące zdarzenia, jak na przykład; fatalne stłuczenie mojego tyłka. O dziwo wychowawczyni nie miała do nas pretensji. Dodając, że i ona nie miała zbyt przyjaznego ranka. Usiadłam razem z Meggie do pierwszej ławki. Starałam się skupić na nauczycielce i słuchać to co mówi. Niestety, jak na złość, dziś wszystko idzie nie po mojej myśli. Od początku lekcji, czułam czyjś palący wzrok na sobie. Oczywiście, nie muszę wam mówić kto, bo pewnie się domyśliliście. Meg szturchnęła mnie pod ławką, wyrywając z „transu”.
-Do ciebie, z tyłu.- powiedziała, gdy tylko zauważyła moje pytające spojrzenie. Niepewnie sięgnęłam po zgniecioną kulkę, na której było niewyraźnie napisane moje imię. Rozejrzałam się po klasie zdezorientowana. O dziwo nikt na mnie nie patrzył, myślałam, że ten „ktoś” będzie chciał widzieć moją minę. Spojrzałam na szatyna, który teraz rozmawiał z chłopakiem o kręconych włosach. Z westchnieniem rozwinęłam kartkę pod ławką.
„Podobało ci się wczoraj? - J.” - przeczytałam, cicho mamrocząc treść pod nosem. No tak, jak mogłam pomyśleć, że Justin się ode mnie odczepi?
„Nie. - A.” - odpisałam niewyraźnie. Zaprzeczyłam samej sobie. Zgniotłam i tak już pogniecioną kartkę, w kulkę. Spojrzałam spod grzywki, czy pani Gina przypadkiem nie patrzy w moją stronę. Na szczęście, nauczycielka pisała coś na tablicy. Odwróciłam się ponownie i zamachnęłam, trafiając kolegę Justina w głowę. Zaśmiałam się pod nosem widząc, jak chłopak próbuje wyciągnąć liścik z loków. Po paru sekundach Bieber już mi odpisywał.
-Anne, odwróć się.- powiedziała ostrzegawczo wychowawczyni. Natychmiast odwróciłam się, poczułam jak moje policzki powoli stają się zaróżowiałe. Co za wstyd! Być przyłapaną i to jeszcze na patrzeniu na Justina.
-Przepraszam.- wymamrotałam pod nosem. Gdy pani Gina powróciła do pisania, poczułam, że ktoś trafił mnie papierową kulką w tył głowy. Na mojej twarzy powstał grymas, ale podniosłam kartkę i przeczytałam kolejne niewyraźne zdania.
„Na prawdę? A ten zachwyt? Hmm?” - ma mnie. Westchnęłam i zaczęłam myśleć nad odpowiedzią, gdy nagle rozbrzmiał dzwonek. Podniosłam zdezorientowana wzrok na równie zdziwioną co ja, nauczycielkę. Spojrzałam na zegar, wiszący nad tablicą. Było jeszcze dobre 20 minut do końca pierwszej lekcji. Po raz drugi zabrzmiał raniące uszy, dźwięk. Widząc minę naszej wychowawczyni, wiedziała już co się dzieje.
-Ok, bez paniki. Ustawcie się w dwójki, tylko szybko.- wstałam z miejsca, trochę przestraszona. - Wychodzimy i trzymamy się klasy.- dopowiedziała. Dzwonek zadzwonił po raz trzeci, teraz to i ja wiedziałam, co się dzieje. Stanęłam w parze z Meg. Szłyśmy za naszą klasą, przez zatłoczony korytarz. Po wyjściu z budynku, dyrektor kazał pani Ginie ustawić nas w dwuszeregu i policzyć. Z tego iż byłam niższa od mojej przyjaciółki, stanęłam przed nią.
-UWAGA!- rozbrzmiał głos dyrektora, który mówił przez megafon.- Z powodu pożaru macie odwołanie lekcje. Jeżeli coś wam ważnego zostało w budynku, postanowimy to uratować. Dziękuję.- mówił, a ja wsłuchiwałam się uważnie. Sprawdziłam kieszeń, odetchnęłam z ulgą wyciągając klucze do domu i telefon. Odwróciłam się w stronę Meggie, na jej twarzy był wymalowany grymas.
-Anne mój telefon został w torbie...- powiedziała zrezygnowana.- i klucze do auta też.- tym razem na mojej twarzy pojawił się grymas.
-Czyli musimy iść do domu na piechotę?- jęknęłam zrezygnowana.
-Najwyraźniej, a na taksówkę, czy autobus nie mamy kasy, bo została w budynku.- odpowiedziała. Spojrzałam na telefon, była 9:17. Zauważyłam zbliżającego się Davida, chciałam mu pomachać. Lecz on domyślając się co chcę zrobić, przyłożył palec do ust, przekazując tym mi bym była cicho.
POV Meggie
Poczułam jak ktoś zakrywa mi oczy. Nie mogła być to Anne, bo ona stała przede mną.
-David?- spytałam nie będąc pewna, czy to na pewno on.
-Yep.- odpowiedział mi zdejmując dłonie z moich oczu, po chwili poczułam jego ręce na moich biodrach. Na mojej twarzy powstał zapewne widoczny rumieniec. Ann widząc to zachichotała, a ja przygryzłam wargę. David dał mi soczystego całusa w policzek. Nie wiem czy to było możliwe, ale zdawało mi się, że kolor moich policzków jest bardziej różowy, niż moje włosy. Usłyszałam chichot Davida, przez co na mojej twarzy powstał uśmiech.
-Powieść was?- zapytał.
-Jeżeli to nie sprawi ci problemu.- powiedziałam cicho, za cicho jak na mnie. Co się ze mną dzieje?

-Jak już kiedyś mówiłem, mieszkamy blisko siebie. Nie martw się.- ostatnie zdanie wyszeptał do mojego ucha. Odwróciłam się w stronę Davida, nasze twarze dzieliło parę centymetrów.
***
Wracam moi drodzy! :D

O ile jeszcze mam do kogo wracać :/

wtorek, 6 stycznia 2015

Przepraszam

Przepraszam, ale przez dwa dni i trochę dzisiejszego, nie miałam dostępu do komputera. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli.
Tak przy okazji spamujemy do Justina: #JustinDontForgetAboutPolandOnNewTour
Liczę na was!
No i oczywiście jeszcze raz przepraszam.

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 10 "Nigdy nie mów nigdy"

POV Anne
Stojąc przed salą, w której zaraz miała odbyć się lekcja matematyki westchnęłam zrezygnowana. Wszystko na zajęciach u pani Clary, denerwuje mnie. Od równań matematycznych, które lubię, po tykanie zegara naściennego. Wchodząc do sali, poczułam gorący oddech na szyi. Moje ciało przeszyły ciarki. Wyczułam dłoń Justina na moim prawym ramieniu. Myślałam, że dałam mu do zrozumienia, że nie chce go znać. Zamknęłam oczy, przygryzając dolną wargę. Wyrwałam mu się i zdecydowanym krokiem weszłam do klasy. Zaczęłam rozglądać się po sali w poszukiwaniu wolnego miejsca. Niestety wszystkie były zajęte... no prawie wszystkie, zostały te na końcu. Usiadłam więc w jednej z nich i pochyliłam się nad plecakiem, aby wyjąć książki. Gdy Justin wszedł do klasy wszyscy wlepili w niego oczy, starłam się uniknąć jego spojrzenia, ale okazało się to nie możliwe. Perfidnie przesuwał po mnie wzrokiem, od czubka głowy, aż po czarne buty. Zacisnęłam zęby i wbiłam wzrok w okno, o dziwo nie usiadł obok mnie, ale całą lekcje czułam na sobie jego palące spojrzenie. Gdy po dzwonku wyszłam na korytarz, nie było go. Po prostu zniknął. Zeszłam na dół do szatni, otworzyłam szafkę i szybko wciągnęłam na siebie niebieski płaszcz i czarne botki, przy czym cały czas rozglądałam się na boki. Justin nie pojawił się w szatni. Czyżby dał mi spokój? Wychodząc ze szkoły dziękowałam Bogu, że mogę w spokoju wrócić do domu. Meg skończyła lekcje godzinę wcześniej i zabrała samochód, więc byłam skazana wracać do domu na piechotę. Niebo było pochmurne, ale nie padało. Jeszcze. Przeszłam przez parking i wyszłam na główną ulicę. Wtedy właśnie zaczął padać deszcz. Naciągnęłam na głową kaptur, przez chwile myślałam, że ten dzień nie zakończy się katastrofą... ale nie, ten dzień jest taki jak wszystkie inne, czyli beznadziejny. Obejrzałam się, w moją stronę nadjeżdżał czarny NISSAN 350Z. Zatrzymał się obok mnie, niestety nie widziałam kierowcy... boczne szyby były przyciemniane. Serce podskoczyło mi do gardła, drzwi od strony prowadzącego auto, otworzyły się. Wyszła z niego zakapturzona postać, nie mogłam zobaczyć jej twarzy, ale gdy podszedł bliżej zobaczyłam jego twarz. Justin uśmiechał się jakby właśnie dostał niewiarygodnie, wspaniały prezent. Wyminęłam go, ale zanim zdążyłam zrobić krok złapał mnie za ramie i odwrócił w swoją stronę. Mogłam się mu wyrwać, uciec i zostawić na środku ulicy... ale 1) miał samochód i szybko by mnie dogonił 2) miałam szanse dać mu do zrozumienia, że powinien mnie zostawić i 3) wcale nie miałam ochoty mu się wyrwać. Zamiast więc uciec, spojrzałam mu w oczy i nie wierząc, że to robię, zapytałam:
-Czego chcesz?
-Chciałem z tobą pogadać przed matmą, ale nie dałaś mi szansy... chciałbym ci to wszystko wynagrodzić.
-Wszystko? To znaczy co?
-Wiesz co.- uśmiechną się przekornie, tak, że w jego policzkach pojawiły się dołeczki.- Nie mam czasu...
-Wynagrodzisz to, dając mi spokój- przerwałam mu szybko i wyminęłam po raz drugi. Nie złapał mnie za rękę, tylko wsiadł do auta i odpalił silnik. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Czyżby poskutkowało? Może właśnie odbyłam z nim ostatnią rozmowę... Justin podjechał do mnie swoim samochodem i opuścił szybę.
-Jeśli ze mną nie porozmawiasz, będę tak jechał aż do twojego domu i nigdy nie dam ci spokoju. Wsiadaj, przynajmniej nie zmokniesz.
-Podwieziesz mnie prosto pod dom? Żadnych przystanków?- ta propozycja wydała mi się atrakcyjna.
-Tego nie mogę ci obiecać, ale myślę, że cię nie zawiodę. Nie daj się prosić... jeśli ci się nie spodoba odczepię się od ciebie już na zawsze. Nigdy więcej nie będziesz musiała ze mną rozmawiać.
-Nigdy nie mów nigdy.- wyszeptałam, patrząc na buty.
-Co powiedziałaś?- zapytał, najwyraźniej nie słysząc moich słów. Przeczesałam włosy dłonią. Mam jeszcze trochę drogi do domu, jestem zmęczona i nie zmoknę... ale z drugiej strony nie ufam Justinowi, co jeśli wywiezie mnie poza Londyn i zostawi w jakimś ciemnym lesie, gdzie nie ma zasięgu? Czemu miałabym mu zaufać?
-Dobra.- powiedziałam w końcu.- Ale masz jechać spokojnie i nie wariować na drodze.
-Okej.- otworzyłam sobie drzwi i usiadłam po jego prawej. W środku było bardzo ciepło, a fotele były wygodne. Oparłam głowę o zagłówek i wlepiłam wzrok w okno. Po pół godzinie jazdy moje powieki stały się ciężkie i powoli zapadałam w sen.
-Nie zasypiaj, mieliśmy pogadać.- westchnęłam ciężko i z trudem przewróciłam głowę w jego stronę.
-O czym chcesz rozmawiać?
-Nie wiem... ale chyba powinniśmy rozmawiać, skoro chcę cię przeprosić.
-A nie możesz po prostu powiedzieć „przepraszam”?- powiedziałam poirytowana. Nie chciałam siedzieć w tym aucie... chciałam tylko, żeby wreszcie dał mi spokój. Nie odpowiedział więc spojrzałam na drogę.- Daleko jeszcze?
-Nie jesteś zbyt cierpliwa.
-Spostrzegawczy jesteś.- wypaliłam. Odchrząkną i spojrzał na mnie.
-Droga zajmie nam jeszcze jakąś godzinę... Co u tego frajera?- poparzyłam na niego pytająco, uśmiechną się ironicznie, co chwilę zerkając na drogę.- Davida?
-Po pierwsze, co cię to interesuje? Po drugie, nie nazywaj go tak.
-Nic. Chcę podtrzymać rozmowę.
-Wszystko u niego w porządku.- powiedziałam i znów spojrzałam za okno. Właśnie mijaliśmy jedną z głównych ulic Londynu, byłam ciekawa gdzie mnie zabiera, ale zanim zdarzyłam go oto zapytać, zmorzył mnie sen.
POV Justin
Nie wiem czemu to robię, nie zależy mi na Anne... ja po prostu chcę się z nią spotykać, nie wystarcza mi czas spędzony w szkole i wgapianie się w nią na każdej lekcji. Żadna dziewczyna nie robi na mnie wrażenia, ona też, u każdej podoba mi się tylko wygląd, nigdy nie patrze na to jaki mają charakter i wszystkie są takie same. Wyskakują z majtek na mój widok, są uległe, nie stawiają oporu. Jednym słowem są łatwe. Anne też nie stawia oporu... to znaczy nie w tym sensie... wie, że może mi się postawić i próbuje to zrobić, ale nie potrafi. Jest zamknięta i na pewno łatwo mi nie pójdzie. Nie ufa mi, widać to na pierwszy rzut oka, ale wsiadła do samochodu i to zdziwiło mnie najbardziej, byłem prawie pewny, że będę musiał użyć siły... bardzo mnie zaskoczyła. Ta sytuacja dała mi do zrozumienia, że jednak mam szansę i mam zamiar to wykorzystać. Ostro skręciłem w prawo... Ann prosiła mnie żebym jechał ostrożnie, ale teraz kiedy śpi to nie ma znaczenia. Deszcz przestał padać już kwadrans temu i teraz na niebie wyraźnie było widać gwiazdy. Muszę się postarać... więc zabieram ją w miejsce, które nawet mnie wprawiło w zachwyt. Spojrzałem na nią z ukosa i uśmiechnąłem się pod nosem. Jej głowa była oparta o zagłówek, usta lekko rozchylone. Oddychała miarowo i spokojnie tak jak tamtej nocy kiedy udało mi się wejść do jej pokoju, miała różowe policzki , jedna rękę oparła o szybę, druga bezwładnie zwisała z kolana. Całość wyglądała dość komicznie. Ziewnąłem i skręciłem na stacje benzynową... musiałem zatankować i trochę się bałem, że kiedy się zatrzymam Anne się obudzi. Zaparkowałem ostrożnie, nie wyłączając silnika wyszedłem z auta. Stacja była dość mała, rozejrzałem się ostrożnie sprawdzając gdzie są kamery, ale nie zauważyłem żadnej. Powoli podszedłem do zbiornika z paliwem, kasjer siedzący w małym budynku nawet nie podniósł na mnie wzroku. Nalałem paliwa do pełna, szybko wsiadłem do samochodu i odjechałem z piskiem opon. Anne nadal spała. Nie płace, mam pieniądze, ale po prostu nie chce mi się tracić czasu. Zresztą to nie wiele, robiłem gorsze rzeczy i nikt mnie nigdy nie przyłapał, gliny są tępe i nawet gdyby wpadły na jakiś trop nie stawiły by mi czoła. Ale żadnego dowodu nie znaleźli i nie znajdą, jestem na to za cwany.
POV Anne
Obudziłam się kiedy samochód się zatrzymał, lekko rozchyliłam powieki. Justina nie było w samochodzie, stał na zewnątrz i nalewał paliwa do baku. Rozglądał się dookoła z cwanym uśmieszkiem przylepionym do buzi. Nie zapłacił, ale jak mogłam pomyśleć, że to zrobi? Kiedy usiadł obok mnie poczułam zapach benzyny, szybko zamknęłam oczy, nie wiem czemu, ale wolałam żeby nie widział, że nie spałam. Ruszył tak nagle i gwałtownie, że poczułam jak wszystkie wnętrzności przewracają mi się w brzuchu. Zamknęłam oczy i zasnęłam ponownie. Obudziło mnie gwałtowne hamowanie, moja ręka ześliznęła się z szyby, o którą była oparta. W jednej chwili uderzyłam czołem o drzwi samochodu i usłyszałam śmiech Justina. Westchnęłam cicho na jego widok, był skupiony na drodze, ale co chwile zerkał w moją stronę z rozbawieniem.
-Co?- zapytałam rozdrażniona.
-Nic, tylko śmiesznie wyglądasz. Zawsze wstajesz taka wściekła?- na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek.
-Nie... czasem jestem przerażona, bo obok mnie leży nieznajomy facet.
-To była akcja. Będziesz mi to wypominać cały czas?
-Myślę, że nie będę na ciebie skazana przez cały czas.- zamrugałam i spojrzałam na drogę.- Gdzie jesteśmy?
-Już niedaleko.
-Okej.- mruknęłam i powoli sięgnęłam do kieszeni.
-Co robisz?- zapytał zaciekawiony.
-Nic, jest późno, a Meg nie ma pojęcia gdzie jestem.. muszę jej powiedzieć, że nadal żyję.- gdy to powiedziałam usłyszałam jego chichot, ale tym razem nie miałam zamiaru pytać co go tak rozbawiło. Zamiast tego wybrałam numer swojej przyjaciółki, po dwóch sygnałach usłyszałam znajomy głos.
-Mówi David, Meg jest chwilowo zajęta. Przekazać jej coś?
-Hej David, to ja Anne. Chciałam tylko powiedzieć Meggie, żeby się nie martwiła.
-Ok, przekaże jej to, na razie.
-Cześć.- kiedy się rozłączyłam Justin parkował na zadbanym i pustym parkingu. Spojrzałam na niego, jego ręce nerwowo zaciskały się na kierownicy, a kostki były lekko białe. Zignorowałam to i rozejrzałam się dookoła. Wszędzie było widać drzewa przez, które przebijał się słaby blask gwiazd. Ale poza tym wszędzie było ciemno. Przeszedł mnie dreszcz, co mogliśmy robić w takim miejscu jak to? Wprost idealna sceneria na zabójstwo. Ale gdyby chciał mnie zabić pozwolił by mi zadzwonić do Meg? Przewróciłam oczami, znowu zaczynam dramatyzować. Justin otworzył drzwi i wysiadł z samochodu, zastanowiłam się chwile i zrobiłam to co on. Powietrze było tu świeże, nie tak jak w Londynie. Nie było czuć spalin samochodowych i w przeciwieństwie do miasta było tu niewiarygodnie cicho. Poczułam na sobie jego wzrok, ale się nie odwróciłam nie chciałam na niego patrzeć. Usłyszałam jak odwraca się w drugą stronę, co zmusiło mnie żebym na niego spojrzała. W ciemności widać było tylko jego sylwetkę,powoli ruszył w kierunku drzew i przeszedł przez zadbany trawnik. Skierowałam się w jego stronę, kiedy go dogoniłam potknęłam się o wystający korzeń i wpadłam na niego. Justin obrócił się w moją stronę, zauważyłam tylko jego uśmiech. Szybko puściłam jego kurtkę na której zacisnęłam rękę. Miałam nadzieje, że on też nie widzi mojej twarzy, bo czułam jak płoną mi policzki.
-Złap się mnie. Jest ciemno... chyba nie chcesz się przewrócić?
-Nie dzięki, poradzę sobie.- odpowiedziałam, ale po kilku krokach pożałowałam swojej decyzji. Uderzyłam kolanem w jedno z drzew i poczułam straszny ból, przewróciłam się na plecy i jęknęłam cicho, że akurat w tym miejscu musiało rosnąć to cholerne drzewo!!!Usłyszałam jak Justin kuca nade mną.
-Fajtłapa.- powiedział, nie żeby mnie to uraziło, ale poczułam się trochę nieswojo. Bez słów złapał mnie za jedną rękę i wziął na barana. Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu, które przerywały tylko moje westchnienia. Zastanawiałam się czy nie jest mu ciężko, ale nie wydawał się zmęczony. Kiedy bez ostrzeżenia, postawił mnie na ziemię zrozumiałam, że jesteśmy na miejscu. Podniosłam głowę do góry, tu było o wiele jaśniej. W oddaleniu około dziesięciu metrów było widać koniec zbocza? Biła z niego tajemnicza jasna poświata. Podeszłam bliżej, niedaleko urwiska stało kilka ławek... kiedy przeszła obok nich poczułam się tak jak bym przekroczyła jakąś granicę. Już z tego miejsca mogłam podziwiać niesamowity krajobraz, na dole rozciągał się Londyn. Wszędzie było widać światło, wyraźnie odznaczały się tylko ciemniejsze i mniejsze uliczki. Całość tworzyła coś w rodzaju pajęczej sieci. Oczywiście nie mogłam zobaczyć wszystkiego, miasto było zbyt duże, a ja byłam na zbyt małej wysokości. Nagle zapragnęłam wspiąć się wyżej, znaleźć miejsce w którym będę mogła oglądać Londyn w całej okazałości. Uśmiechnęłam się sama do siebie, właśnie na chwile zapomniałam o wszystkich problemach i o Justinie, który stał zaraz na mną.
-Zaraz wracam, zostawiłem coś w samochodzie.- powiedział, ale ja nie zwróciłam na niego uwagi, wzruszyłam ramionami i nadal przyglądałam się miastu, które powoli zapadało w sen. To miejsce było niesamowite, ale wydawało się opuszczone... jakby nikt nie odwiedzał go od wieków. Usiadłam ostrożnie na jednej z ławek ustawionych w półkolu. Czemu zabrał mnie w takie miejsce? Musiałam przyznać, że mi się tu podoba... ale to z kolei oznacza, że będę skazana na jego towarzystwo i już nigdy się nie odczepi. Wredna pijawka. Przeklinając go w myślach cały czas zerkałam do tyłu. Za mną było zupełnie ciemno, wiatr co chwile poruszał konarami drzew... to mnie przerażało. A jeśli za chwilę zza tego drzewa, wyskoczy facet z piłą mechaniczną... albo co gorsza Justin? Starałam się skupić na Londynie, ale nie potrafiłam. Kiedy wrócił, w reku trzymał pudełko z pizzą i koc.
-Powiedzmy, że to nie jest randka... co robi się na nie randce?- zapytał z uśmiechem.
-Zapytaj raczej czego się nie robi.- odpowiedziałam, z ironią.- Ale masz rację, to nie jest randka.
-Ale jeżeli to nie jest randka... to co to jest?
-Wymuszone spotkanie, dwójki ludzi, którzy kompletnie się nie znają.- powiedziałam, starając się przybrać poważny ton.
-Ta... masz rację, ale po jakimś czasie to „spotkanie”, może przerodzić się w randkę.
-Gdybyś powiedział mi to wcześniej nie zgodziłabym się na to, żeby tu przyjechać.- wypaliłam, w czasie kiedy on otwierał pudełko z pizzą.
-To, ci się tu nie podoba?- uniósł brwi. Musiałam przyznać, że jest tu pięknie i tak, cholernie mi się tu podoba... ale się bałam. Czy jeśli to powiem, będzie mnie prześladować do końca życia? W sumie nawet dobrze mi się z nim rozmawiało. Przeszły mnie ciarki. Jak mogło mi się z nim dobrze gadać? Rozbił mi głowę, przezywa moich przyjaciół i zachowuje się jakby wszystko było u jego stup.- Dostanę odpowiedź?- westchnęłam, a Justin teatralnie powtórzył to po mnie.
-Muszę się zastanowić.- powiedziałam.
-Już się zastanowiłaś?- uniosłam oczy do góry, wołając o pomstę do nieba.
-Tak.- powiedziałam, właściwie nie wiedziałam czemu to robię.- Jest tu pięknie... ale to niczego nie zmienia, nie przekonałeś mnie do siebie.- z niedowierzaniem pokręcił głową i uśmiechną się.- Wiesz, że kiedy się uśmiechasz w twoich oczach nie widać radości?-zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Odwróciłam się od niego i spojrzałam na miasto, a kiedy znowu na niego popatrzyłam wydawał się jednocześnie rozbawiony, zaciekawiony i zamyślony. Po chwili milczenia powiedział:
-Przyglądasz mi się?- zabawnie poruszał brwiami tak, że wybuchnęłam śmiechem. Po godzinie rozmowy, poczułam niesamowite zmęczenie. Zjedliśmy całą pizzę, która niestety była już zimna, ale nadal pyszna. Nie spodziewałam się tak świetnego spotkania. Oparłam się o jego ramię i zasnęłam. Czułam jak lekko podnosi mnie z miejsca, ale nie chciałam mu się wyrwać. Wtuliłam się w jego pierś i poczułam nagły przypływ spokoju.
POV Justin
Anne spała całą drogę. Jej stwierdzenie wprawiło mnie w zakłopotanie... poczułem jak wszystko we mnie płonie. Zdenerwowałem się... ale nie mogłem wszystkiego spieprzyć. Było już tak blisko, jestem prawie pewny, że mi ufa. Dokładnie znałem następny krok... muszę się do niej zbliżyć, dać poczucie bezpieczeństwa. Uśmiechnąłem się pod nosem wjeżdżając na teren jej domu.
POV Meggie
Gdy czarny samochód wjechał na podwórko, serce podskoczyło mi do gardła... Anne dzwoniła do mnie, żebym się nie martwiła. Ale jak mogłam się nie martwić? Cały wieczór spędziłam na staniu w oknie i czekaniu, aż w końcu wróci. Obie nie znałyśmy tu nikogo oprócz Davida... więc z kim mogła się spotkać, gdzie pójść? Ale naprawdę się przeraziłam dopiero kiedy zobaczyłam kierowcę. Justin siedział obok, jak mi się wydaje, śpiącej Anne...zmrużyłam oczy. Muszę wyjść na zewnątrz. Wybiegłam z domu i szybkim krokiem podeszłam do samochodu. Zapukałam w okno, gdy się otworzyło, pojawiła się uśmiechnięta twarz tego idioty.
-Co tu robisz?!- krzyknęłam rozhisteryzowana.
-Cicho... odwiozłem twoją przyjaciółkę. Nie widać?
-Nie jestem ślepa.- powiedziałam.- Ale czemu ty ją odwozisz?
-Za dużo pytań.- powiedział i bez dalszych wyjaśnień wysiadł z auta. Przeszedł obok mnie i otworzył drzwi od strony pasażera. Dziwiłam się, jak Ann mogła tak spokojnie usnąć w JEGO samochodzie? Wziął ją na ręce.
-Puść ją.
-Chcesz, żebym puścił ją na środku podwórka? Dasz sobie radę sama?
-Nie.- powiedziałam speszona. I zaprowadziłam go do mieszkania.- Sypialnia Anne jest... - Justin nawet na mnie nie spojrzał. Szybkim krokiem wszedł po schodach i trafił prosto do
sypialni mojej przyjaciółki. Co do cholery?!
-Skąd wiesz gdzie Anne ma sypialnie?- zapytałam groźnym tonem, kiedy schodził ze schodów. Wyglądał na zadowolonego z siebie i trochę rozbawionego. Już otworzył buzie, ale zanim zdążył coś powiedzieć, David staną obok mnie.
-Co się tu dzieje?- zapytał, a ja westchnęłam.
-Sama nie wiem.
POV David
Spojrzałem na Justina, na Meg i znów na Justina. Co on robi w ich domu. Meggie wyglądała na wściekłą i poirytowaną.
-Gdzie jest Anne?- poczułem niepokój.
-Na górze.- odpowiedział. Zszedł ze schodów, uśmiechną się do nas i wyszedł. Tak po prostu. Staliśmy w przedpokoju jeszcze jakiś czas.
-Idę sprawdzić co z Anne. Poczekasz na mnie w salonie?
-Tak, jasne.- powiedziałam. Przeszedłem do pokoju i usiadłem w wygodnej kanapie. W tej samej chwili poczułem wibracje w kieszeni.
Od nieznany:
Czy to nie jest dziwne, że w twoim domu nie ma żadnych zdjęć z twojego wczesnego dzieciństwa?
Takie smsy dostaje, już od dłuższego czasu... starałem się je ignorować, ale przychodzą za często. Zaczynam się niepokoić. Szybko wstałem z siedzenia i wszedłem do przedpokoju.
-Meg! Muszę iść!
-Co?!- wybiegła z pokoju i zmierzyła mnie wzrokiem. Ale ja jej nie odpowiedziałem, naciągnąłem kurtkę wyszedłem na zewnątrz.